|
czwartek, 29 marca 2012
W zasadzie tytuł powinnam napisać w cudzysłowie, bo pożyczyłam go z tekstu opublikowanego na luxlux.pl (czytaj TU), który zmotywował mnie do wpisu. Wniosek płynący z lektury jest od bólu prawdziwy: łatwe życie nie jest tanie. Najtańsza spośród rzeczy wymienionych przez autora artykułu kosztuje 279 zł i - moim zdaniem - jest jednocześnie jedyną, która rzeczywiście może ułatwić życie młodej mamie. To torba Baby Travel Deltababy, która może zamienić się w wygodny - sądząc ze zdjęć - przewijak. Co prawda, torba nawet po złożeniu jest ogromna, ale coś za coś. Pozostałe rzeczy, które - zgodnie z artykułem - ułatwią życie mamie i/lub dziecku to torba dla mamy Ju Ju Be BFF za 579 zł, krzesełko do karmienia Peg Perego Prima Pappa Diner za 750 zł oraz - last, but not least (autor wymienia to na pierwszym miejscu) - kolekcja białych mebelków dla dzieci oraz białych zabawek Cyrus Company Bambino. Ceny podałam za autorem tekstu, choć już krótki research w sieci (wpisanie hasła w wyszukiwarkę) dowodzi, że przynajmniej krzesełko można kupić taniej. Co do tego, że krzesełko do karmienia ułatwia życie - zgoda. Ale dlaczego musi to być akurat Peg Perego, i to w dodatku ten model? Autor artykułu przekonuje (za producentem?), że to krzesełko ma 4-stopniową regulację położenia i 7-stopniową regulację wysokości. My używamy krzesełka Boon Flair, również z regulowaną wysokością, której... nigdy nie regulowałam. Jak raz ustawiłam, tak stoi. Jeśli chodzi o torbę, używam tej, która była dodana do wózka. Spełnia swoje zadanie, tzn. mieści wszystkie rzeczy dla dziecka i kilka moich. Nie ma kilkudziesięciu kieszeni na butelkę, chusteczki, pieluchy, brudne pieluchy, itd. Jej wnętrze nie ma też antybakteryjnej wyściółki, niszczącej zarazki i pleśń. Swoją drogą, pleśń w torbie z rzeczami dla dziecka...? Znajduję na to tylko dwa wytłumaczenia. Pierwsze - torba jest bardzo rzadko używana (a więc raczej niepotrzebna). Drugie - ma tyle kieszeni, że trudno jest się w tym połapać i można zapomnieć, gdzie schowało się np. banana dla dziecka (wniosek podobny: nie ma sensu płacić za tyle kieszeni). Białe mebelki są piękne i... mało funkcjonalne. Ich urok trwa do pierwszego kurzu, pierwszego jedzenia, pierwszych zapędów malarskich dziecięcia (można sobie wybrać). Sprawdzają się chyba tylko w katalogach. A oto moja lista rzeczy, które ułatwią życie mamie i/lub dziecku: 1. laktator - rzecz niezbędna w czasie nawału pokarmowego. Jeszcze w trakcie zajęć w szkole rodzenia zastanawiałam się, czy warto inwestować w laktator. Położna prowadząca zajęcia przekonywała, że najlepiej i najwygodniej odciąga się pokarm ręcznie, masując piersi. Może i tak, jeśli ma się wprawę. A o to trudno w trzy dni po porodzie. Kupiony już w szpitalu od położnej najtańszy laktator uratował moje piersi od eksplozji. 2. maść Medela Purelan - niezbędna w trakcie karmienia piersią. Potrafi uratować najbardziej poranione sutki, łagodzi podrażnienia i zapobiega kolejnym. 3. bujaczek-leżaczek - firma nie ma tu znaczenia, ważne, że włożone do niego dziecko przynajmniej przez kilka minut będzie siedzieć spokojnie. 4. bajka na dvd - to dla starszych dzieci. Jak TU pisałam, my oglądamy Lippy&Messy, a dokładnie dziecko ogląda, a ja mogę w tym czasie zjeść śniadanie, poczytać gazetę, itd. 5. zabawka z pozytywką, np.karuzela - spełnia to samo zadanie co bajka na dvd, tyle że dotyczy noworodków. 6. kombinezon zimowy zapinany na dwa suwaki - wygodnie można włożyć do niego niemowlaka i wyjąć z niego dziecko. To przychodzi mi do głowy od razu, ale pewnie znalazłoby się jeszcze kilka rzeczy, gdybym dokładniej poszukała w pamięci.
czwartek, 15 marca 2012
Choć jeszcze nie ma nawet wiosny, trwa już wybieranie kierunków wakacyjnych. Zachęcają do tego biura podróży ofertami "first minute". Rodzice małych dzieci, poniżej dwóch lat, często rezygnują z wakacji za granicą, m.in. ze względu na ewentualne trudności związane z karmieniem malucha. Czy słusznie? Gdy znajomi usłyszeli, że byliśmy w Portugalii, zapytali, jak udało nam się przewieźć słoiki z jedzeniem dla dzieci w liczbie wystarczającej na dwa tygodnie pobytu. Oni wybrali polskie morze, a wśród bagaży była i walizka pełna słoiczków. Szczerze, gdybyśmy zapakowali dziecku jedzenie na cały wyjazd, kwota za nadbagaż mogłaby przekroczyć wartość wakacji, a już na pewno uczyniłaby je nieopłacalnymi. Wakacyjne plany konsultowaliśmy z pediatrą, a ten zdradził nam, że w Europie w większych miastach nie ma problemu z kupnem jedzenia przeznaczonego dla dzieci. Spośród popularnych wakacyjnych kierunków wyjątkiem pod tym względem jest - według jego informacji - Turcja. Do walizki zapakowaliśmy więc zapas słoików na dwa dni, licząc że resztę kupimy na miejscu. Przez moment zastanawiałam się, co zrobię, gdy dziecko nie będzie chciało jeść miejscowego jedzenia. Na szczęście, chciało. W Portugalii jedzenie dla dzieci można kupić w supermarkecie. My kupowaliśmy w Intermarche. Sieć ta ma w ofercie zarówno jedzenie innych, również znanych w Polsce producentów, jak i własne produkty. Nie trzeba przy tym jechać do dużego miasta, aby kupić tak niestandardowe produkty. Mieszkaliśmy w Olhos d'Agua (Algarve), dawnej wiosce rybackiej obecnie zabudowanej hotelami. Zakładaliśmy, że jeśli tam nie znajdziemy słoików, spróbujemy w najbliższym dużym mieście, czyli w Faro. Nie było potrzeby. W Olhos d'Agua są dwa supermarkety, oba Intermarche, jeden z nich jest większy i lepiej zaopatrzony. Co ciekawe, dania w słoikach, które kupowaliśmy w Portugalii, różnią się tak bardzo od tego, co można dostać w Polsce, jak portugalska kuchnia różni się od naszej. Podejrzewam, że to spostrzeżenie będzie trafne również w odniesieniu do innych krajów (jeśli w tym roku sprawdzę, to napiszę :)). U nas są rosołki, krupniczki, pomidorowe, a w Portugalii - głównie jarzynowe z ryżem. Jeśli chodzi o drugie danie, dominuje ryba, różne rodzaje w różnych wydaniach, którą z kolei trudno znaleźć w polskich sklepach (a jeśli już się znajdzie, to albo smakuje jak paprykarz szczeciński, albo pachnie błotem). Moje dziecię, które toleruje wyłącznie podchodzącą paprykarzem rybę z BoboVity (Warzywa z delikatną rybą od 9 miesiąca) zajadało się tamtejszymi specjałami. I to nawet na zimno. Warto zaznaczyć, że w Portugalii jedzenie dla dzieci jest solone, podczas gdy polscy producenci wystrzegają się soli jak tylko mogą. To jak to jest z tą solą? Dzieci mogą ją jeść czy nie?
Co do deserów, do wyboru mamy słoiczki z owocami, jogurty (z tej serii co u nas jogurciki Nestle) oraz ciasteczka (identyczne jak Miśkopty BoboVity). I znowu ciekawostka, najczęściej powtarzające się w deserach owoce to oczywiście banan, pomarańcza i jabłko. A moje dziecię akurat nie lubi cytrusów. Nic więc dziwnego, że najbardziej upodobało sobie właśnie ciasteczka, czyli Bolachinhas oraz deser mleczny o smaku.... ciasteczek. Jedyne, czego nie można kupić w sklepie, to soczki dla dzieci. W każdym razie ja ich nie widziałam. Podobnie wszelkiego rodzaju herbatki - te kupimy tylko w aptece. Również o mleko najlepiej pytać w aptece. Dostępny jest odpowiednik Bebilonu, w identycznym opakowaniu, o nazwie Aptamil, produkowany przez Milupę. Na sklepowych półkach znajdziemy natomiast duży wybór kaszek mlecznych.
Z Portugalii przywieźliśmy kilka pamiątek: muszlę znad oceanu, dwa tradycyjne, ręcznie malowane kinkiety, jakie można spotkać chyba na każdym domu w Algarve oraz... paczkę ciasteczek i czteropak z deserkiem o smaku ciasteczek. Jednak w domu nie smakowało już tak samo...
czwartek, 16 lutego 2012
Rozgoryczeni śmiercią sześciomiesięcznej Magdy z Sosnowca ludzie w miejscu, w którym znaleziono ciało dziewczynki, zostawiali nie tylko znicze i kwiaty. Obok nich można było zobaczyć kartki, na których matka dziecka Katarzyna W. nazywana była m.in. morderczynią. To, przynajmniej w świetle znanych opinii publicznej faktów, nadużycie. Można je wytłumaczyć tylko właśnie rozgoryczeniem i poczuciem bezsilności, jaka ogarnia człowieka w obliczu śmierci każdego dziecka. Kiedyś wydawało mi się, że dzieci spadają z kanapy tylko w patologicznych rodzinach. Dopóki mnie się to nie zdarzyło. Stałam metr od dziecka, ale i tak za daleko, aby zdążyć je złapać. Widziałam, jak zsuwa się z kanapy, jak spada i nic nie mogłam zrobić. Wszystko działo się w milisekundzie. I w tej milisekundzie obok poczucia nieuchronności tego, co się stanie, miałam już poczucie dramatu, jaki przyjdzie mi przeżyć. Bo byłam pewna, że moje dziecko nie wyjdzie z tego upadku całe, ja już widziałam ją martwą. Lekarz, do którego od razu zadzwoniłam, najpierw spytał o wysokość kanapy i rodzaj podłoża, a następnie powiedział: "To się bardzo często zdarza". Opieka nad małym dzieckiem, zwłaszcza noworodkiem, jest bardzo wyczerpująca psychicznie i fizycznie. Do tego pierwsze kilka miesięcy życia dziecka, może nawet pierwszy rok, jest dziwnym okresem w życiu młodej mamy (poprzestanę na słowie "dziwny", bo nie chcę się rozwodzić nad hormonami itp.). Bez wsparcia rodziny trudno podołać takiemu zadaniu, zwłaszcza mając 22 lata. Ja jestem 10 lat starsza od Katarzyny W., w badaniach socjologicznych znalazłabym się w kategorii "młodzi, wykształceni, z wielkich miast". Mogę też liczyć na wsparcie bliskich. Trudno byłoby mnie zakwalifikować jako patologię albo margines społeczny. O swoje dziecko dbam jak tylko mogę, chucham na nie i dmucham. A pomimo tego zdarzył mi się nieszczęśliwy wypadek. Jeśli wersja o nieszczęśliwym wypadku jest prawdziwa, Katarzyna W. nie jest żadną morderczynią. Jest bardzo młodą mamą, przez której nieuwagę czy nieostrożność dziecko zmarło. Podejrzewam, że kroniki policyjne zawierają wiele takich wypadków. Katarzyna W. okazała się jednak zbyt niedojrzała, aby samemu powiadomić policję i pogotowie i ponieść konsekwencje tego, co się stało. Jak przeczytałam gdzieś, zachowała się, jak mała dziewczynka, która zepsuła zabawkę i schowała ją za szafą, aby nikt się nie dowiedział. W szkole rodzenia mieliśmy zajęcia z resuscytacji noworodka. Dodam, zajęcia wyłącznie teoretyczne, nie było żadnych manekinów do ćwiczenia sztucznego oddychania. Anestezjolog z ekipy ratunkowej omówił poszczególne zagrożenia dla zdrowia i życia dziecka i powiedział, co robić, gdy dziecko np. zakrztusi się lub poparzy. Nikt jednak nie powiedział, jak się zachować, gdy w wyniku nieszczęśliwego wypadku dziecko umrze. Niby to oczywiste, trzeba zadzwonić na policję albo po karetkę. Ale w takich dramatycznych momentach trudno o tym myśleć. Chciałoby się tylko cofnąć czas, zapomnieć o tym, co się stało. Dlatego szkoły rodzenia powinny przygotowywać rodziców na to, że nie zawsze próba resuscytacji kończy się pomyślnie, przypominać, że dziecko może umrzeć również wyniku naszej nieuwagi i uczyć, jak się zachować w przypadku śmierci dziecka. Żal mi z powodu śmierci półrocznej Magdy. Sama mam małe dziecko i nawet nie chcę sobie wyobrażać, że coś mogłoby mu się stać. Trudno mi jednak jednoznacznie potępiać matkę tej dziewczynki. Macierzyństwo ją przerosło. Katarzyna W. nie znalazła też chyba dostatecznej pomocy wśród swoich bliskich.
środa, 15 lutego 2012
Jeszcze kilka lat temu Teletubisie rządziły (dziecięcym) światem. Przed świętami Bożego Narodzenia, ale i nie tylko, w sklepach z zabawkami pełno było małych kolorowych ludzików z antenkami na głowach i gadżetów z ich podobiznami. Dziś trudno kupić nie tylko koszulkę z Teletubisiem, ale nawet i pluszowego Teletubisia z grającym telewizorkiem na brzuchu. Ostatnio szukałam takiego, najwięcej znalazłam ich na Allegro (używanych), w Merlinie był tylko Tinky Winky. A gdzie Dipsy, Lala i Po? Można ogłosić: Teletubisie są passe. Być może zmiotła ich afera "torebkowa" (dzięki niej nieśmiertelną sławę zdobył nie tylko Tinky Winky i jego czerwona torebka, ale również była rzecznik praw dziecka Ewa Sowińska, demaskatorka orientacji seksualnej fioletowego Teletubusia), a być może po prostu nie wytrzymały próby czasu. Nie tylko oferta sklepów z zabawkami utwierdziła mnie w przekonaniu, że czas Teletubisiów już minął. Moje nieco ponad półtoraroczne dziecię nie chce na nich patrzeć. Było nimi zainteresowane tylko przez krótki czas, dopóki nie poznało i przyzwyczaiło się do nowych bohaterów: Lippy i Messy. To chłopiec i dziewczynka, którzy razem ze swoim przyjacielem czarodziejem Wizzy'm (the Wizard of Words) uczą najmłodsze dzieci języka angielskiego. Moje dziecko jest tak zakochane w tej bajce, że gdy tylko wstanie, siada na kanapie i pokazuje na telewizor. A gdy pomimo nalegań ekran wciąż jest czarny, zaczyna wyć (tak, wyć jak nazgul, nie płakać). Na nic tłumaczenia, że nie można przez cały dzień oglądać telewizji czy udowadnianie, że żadna z postaci w jej książeczkach nie ma telewizora i telewizji nie ogląda. Jest tylko jeden argument, który dziecina uznaje: mama nie potrafi uruchomić telewizora, umie to zrobić tylko tata, a tata jest w pracy i wróci dopiero wieczorem. Wiem, taką argumentacją utrwalam stereotyp, że kobiety nie radzą sobie z techniką. Trudno, grunt, że działa. I jeszcze ciekawostka. Zgodnie z zasadą "lubię tylko te piosenki, które znam", dziecię ogląda na okrągło tylko dwa odcinki Lippy&Messy: o kolorach i wakacjach. Innych nie chce. Pluszowy Teletubiś z telewizorkiem, którego ostatecznie dostaliśmy w spadku, służy tylko do tańczenia. I tańczyć z nim i z córką jednocześnie może tylko tata :) Poniżej coś na zimowe dni: odcinek o wakacjach
środa, 08 lutego 2012
Podczas tegorocznych wyprzedaży trafiłam, m.in. do H&M. A tam w tłumie mam, również tych przyszłych, szukałam tanich rzeczy dla dziecka. Dodajmy, głównie rzeczy mało potrzebnych albo w ogóle niepotrzebnych, takich, których dziecię być może nigdy nie założy. Ale skoro są przecenione, trudno nie skorzystać z takiej okazji... Na marginesie: kupiłam tam dziecku m.in. trzecią zimową czapkę. Dwie poprzednie kupiłam kilka minut wcześniej w poprzednich sklepach, również na wyprzedaży. Ta z H&M była najładniejsza i kosztowała zaledwie 5 zł. Po co małej tyle czapek? Moja mama w takich sytuacjach zawsze mówiła: "Przyda się". Przy kasie jedna z przyszłych mam sięgnęła do stojącego tam kosza (kto tego nie robił, mówiąc sobie: "No tak, przecież tego mi jeszcze brakuje") i wyciągnęła chłopięcy sweterek dla noworodka. Ubranko było w rozmiarze 62, a mama głośno zastanawiała się, czy tuż po narodzinach sweterek już nie będzie za mały. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć: ubranka dla noworodków i niemowląt w H&M są większe niż innych marek. Rozmiar 62, w którym sweterek chciała kupić rzeczona mama, teoretycznie przeznaczony jest dla dzieci do 3 miesiąca życia. W ubranko z H&M w tym rozmiarze dziecko zmieści się i w czwartym miesiącu, a może nawet dalej. Od razu odpowiadam tym, którzy mogliby pomyśleć, że po prostu moje dziecko jest małe: nie jest, wzrostem plasuje się ok. 90 centyla. Moje obserwacje potwierdziła też obsługa sklepu, choć to nie zawsze jest wiarygodne źródło. Mniej więcej w ten sposób uspokoiłam przyszłą mamę, a ona zdecydowała się kupić sweterek. Nie chciałam jej odbierać przyjemności, więc nie powiedziałam, że sweterek to jedna z tych rzeczy, których noworodek, zwłaszcza narodzony latem, najmniej potrzebuje (o tym, co powinno się znaleźć w wyprawce, pisałam tu). To jedno z tych ubrań, które są niewygodne dla małego dziecka i trudne do zakładania dla mamy. Zostanie założony najwyżej raz albo nawet wcale. Jego przeznaczeniem jest leżeć w szafie. Sama mam kilka takich rzeczy. Kupiłam je przed narodzinami córki, oczywiście na wyprzedaży. Ale kto nigdy nie kupował niepotrzebnych rzeczy, niech... - to o rzucaniu kamieniem tu nie pasuje - ... po prostu niech nic nie mówi i nie psuje zabawy.
piątek, 20 stycznia 2012
Dzień Babci już za kilkanaście minut, Dzień Dziadka za nieco ponad 24 godziny. Zdążę więc jeszcze napisać o kolejnej propozycji na prezent dla dziadków. W dodatku łatwy. Podczas ostatniego wypadu na miasto znalazłam okolicznościowe kubki z napisem "Babcia" i "Dziadek". Stały na wystawie w małym sklepie z upominkami, jakich u nas wiele. A dokładnie: w jednym ze sklepów w przejściu podziemnym pod rotundą w Warszawie. Cena w zależności od producenta: 15 lub 18 zł.
piątek, 13 stycznia 2012
Zbliża się Dzień Babci i Dzień Dziadka. Zostało już nieco ponad tydzień. Oznacza to, że jeśli razem z dzieckiem nie zrobimy w tym czasie jakiegoś fajnego prezentu, to zdążymy go jeszcze zamówić przez internet :) Dla przypomnienia: Dzień Babci obchodzimy 21 stycznia, a Dzień Dziadka - 22 stycznia. Rok temu pisałam, jaki prezent mogą podarować dziadkom najmłodsze wnuczęta (a dokładnie: rodzice w ich imieniu). Moje dziecko jest już starsze o rok, lecz jeszcze wciąż zbyt małe, aby zrobić coś własnoręcznie, w dodatku intencjonanie. Ale od czego są intencje rodziców... Moje propozycje na Dzień Babci i Dzień Dziadka 2012 (przypominam, że dziadków obdarowuje dziecko poniżej 2 roku życia): 1. laurka - dziecko, które ma nieco ponad rok, potrafi już coś namalować. Trzeba mu tylko pokazać, jak przykładać kredkę do papieru. Jeśli nasze dziecko dopiero co skończyło roczek, będziemy mu musieli trochę pomóc, kierując jego ręką. Dziecko zbliżające się do 18 miesięcy bez problemu zamaluje całą kartkę "esami floresami". Do klasycznej laurki z napisem "dla kochanej babci/kochanego dziadka" trochę temu będzie brakować. Ale spokojnie, po oprawieniu w ramkę dziecięce dzieło nabierze szlachetności. Jeśli pomimo tego dziadkowie będą mieli niewyraźne miny, zacytujmy im Edwarda Dwurnika: Bo abstrakcja dobrze wygląda w każdym wnętrzu, nad każdym łóżkiem, pasuje do każdej kanapy. Trzeba tylko dobrać obraz do narzuty i załatwione. (Rzeczpospolita, Rzecz na Nowy Rok 31 grudnia 2011) W naszym wypadku: trzeba tylko przekonać babcię i dziadka, aby dobrali narzutę do abstrakcji autorstwa swojego wnuczka. 2. kalendarz ze zdjęciami wnuczki/wnuczka - mamy dopiero początek roku, więc podarowanie kalendarza nie będzie faux pas. Nawet jeśli dziadkowie mają już kalendarz na ten rok, z pewnością przyjmą taki, w którym każdy miesiąc będzie zilustrowany innym zdjęciem wnuczki/wnuczka. Żeby wykonać taki kalendarz, wystarczy wybrać 12 zdjęć dziecka i znaleźć punkt fotograficzny, w którym świadczą podobną usługę. Zdjęcia możemy wybrać tematycznie (np. zdjęcia z wakacji), chronologicznie (będzie widać, jak maluch rósł), możemy wybrać tylko te zdjęcia, na których dziecko jest w towarzystwie dziadków albo po prostu zdjęcia - naszym zdaniem - najładniejsze. 3. kubki ze zdjęciem wnuczki/wnuczka - procedujemy podobnie jak punkcie 3, tyle że pracy jest mniej :) Musimy wybrać dwa zdjęcia dziecka: jedno na kubek dla babci i drugie na kubek dla dziadka. Żeby dziadkom kubki się nie myliły, możemy na kubku dla babci zamieścić zdjęcie wnuczki/wnuczka z babcią i analogicznie na kubku dla dziadka zamieścić zdjęcie wnuczki/wnuczka z dziadkiem. Jeśli zdecydujemy się na tę opcję, a mamy więcej niż jedną babcię i jednego dziadka, to i zdjęć musimy wybrać więcej :) 4. koszulki ze zdjęciem wnuczki/wnuczka - żeby się już nie powtarzać, napiszę tylko, że i kubki, i koszulki, można wykonać podobnie jak kalendarze w punktach fotograficznych. 5. wszystkie pomysły z ubiegłego roku są wciąż aktualne :)
czwartek, 12 stycznia 2012
Stara babcina metoda usypiania dzieci. Trzeba powiedzieć: skuteczna. Co śpiewać? Właściwie wszystko, wystarczy tylko śpiewać spokojnym, cichym głosem. U nas były i szanty, i kolędy (oczywiście w okołoświątecznym czasie), piosenki harcerskie, i Tori Amos (brzmi ambitnie, ale wybierałam te najłatwiejsze utwory), i wiele innych popularnych piosenek oraz nieśmiertelne "aaa kotki dwa". Tata sięgnął od razu po rzecz z najwyższej półki i najłatwiejsze skojarzenie: od początku śpiewał córce kołysankę Komedy z "Dziecka Rosemary". Jest coś diabolicznego w tym, że dziś podczas gry na cymbałkach dziecku zdarza się zagrać przypadkowo kilka dźwięków tej usypiającej, a przerażającej melodii. Ale czy to na pewno przypadek? :) A propos taty: jeśli przeczyta ten wpis, to się zdziwi, bo od narodzin naszego dziecka utrzymuje, że nie śpiewam. Kołysanek nie śpiewam już od dawna (chyba wciąż robi to babcia, najczęściej śpiewając "Z popielnika na Wojtusia"), teraz po prostu zasypiam razem z dzieckiem. To znaczy: nie śpiewam ich do snu, bo w ciągu dnia i owszem. Ostatnio najczęściej piosenkę jednej z lalek, którą mała dostała pod choinkę. Trochę zmieniłam jej słowa, tzn. tam, gdzie lalka śpiewa "lala", wstawiam "mama". I w ten sposób mamy kołysankę i piosenkę o przywiązaniu do mamy w jednym :) Gdy obejrzę dobranockę, kiedy kładę się już spać, Na buziaka dać oczywiście dajemy buziaka, a na się przytulam z całych sił, przytulamy się. Taka zabawa nam z tego wyszła. Co ciekawe, melodia tej kołysanki jest podobna do zwrotki kościelnej pieśni o Czarnej Madonnie "Jest zakątek na tej ziemi, gdzie powracać każdy chce" :) Ale można się bawić i bez muzyki, zmieniając kołysankę w wierszyk. Teraz coś dla tych, którzy lubią śpiewać "aaa kotki dwa", ale wiedzą tylko tyle o tej kołysance, że są dwa kotki i że są szarobure, czyli znają wyłącznie refren. Oto słowa: W górze tyle gwiazd,
czwartek, 01 grudnia 2011
Ten temat chodził mi po głowie już od dawna i w końcu pojawiła się okazja do wpisu: jest grudzień, święta tuż tuż i trzeba już myśleć o prezentach. W całej masie zabawek naszego dziecka znajduje się również szczeniaczek uczniaczek (i domyślam się, że nie jesteśmy wyjątkiem :)). To zabawka z rzędu tych, które dziecku częściej niż rodzice kupują dziadkowie, chrzestni (dziękujemy :)) i reszta rodziny. Szczeniaczek mówi, liczy, śpiewa, nazywa części ciała, ale poza naciskaniem go i słuchaniem, co ma do powiedzenia, niewiele można z nim zrobić. Być może dlatego początkowo nie wzbudził entuzjazmu. Powtarzam: początkowo…
piątek, 18 listopada 2011
W zajmowaniu się dzieckiem jest jedna rzecz, która mnie - napiszę to delikatnie, ponieważ blog nie został zastrzeżony jako "tylko dla dorosłych" - totalnie wyprowadza z równowagi: podejście innych ludzi do tego, że zajmuję się dzieckiem. Już na informację o tym, że zajmuję się dzieckiem (tzn. jestem z nim w domu) ludzie zwykle robią taką minę, jakbym krzywdziła dziecko, a sytuacja wymagała interwencji opieki społecznej. Na marginesie: siedząc w domu z dzieckiem pracuję też zawodowo (przez internet), choć - to prawda - w mocno ograniczonym zakresie. Jednak nie ma to żadnego znaczenia dla oceny, czy zajmowanie się dzieckiem to coś złego. Generalnie nikogo nie dziwi, że dziecko woła "mama" i chce się do mamy przytulić. No chyba, że jego mama siedzi z nim w domu. Wówczas takie zachowanie jest niewłaściwe, więcej - niepożądane. Bo to rzekomo dowód na to, że dziecko ZA BARDZO przyzwyczaiło się do mamy. To jakiś absurd. Do kogo powinno się dziecko przyzwyczajać, jak nie do mamy czy rodziców w ogóle? Żeby dziecko nie było przyzwyczajone do nikogo, trzeba by było oddać je do żłobka. Mnie jednak jakoś trudno głęboko uwierzyć w dobroczynną, socjalizującą misję instytucji wychowawczych. Jeśli nie mama i nie żłobek, to babcia lub niania. Gdybym pracowała na pełny etat, co najmniej 11 godzin byłabym poza domem. Wówczas najbliższą osobą mojemu dziecku byłaby babcia lub niania. No to pytam: w czym przywiązanie do mamy jest gorsze od przywiązania do babci/niani. Albo inaczej: w czym przywiązanie do babci/niani jest LEPSZE od przywiązania do mamy? Inny zarzut, jaki słyszę, to ten, że stałam się niewolnikiem dziecka. Dowód? Nie wsadzam dziecka do samochodu i nie jadę na zakupy czy na towarzyskie spotkanie, jeśli wiem, że zaraz będzie spać. Mało kto rozumie, że w tej postawie jest tyle samo myślenia o sobie, co o dziecku. Po pierwsze, żadne zakupy ani spotkanie nie będą udane przy płaczącym maluchu. Po drugie, jeśli dziecko się nie wyśpi, da mi popalić za kilka godzin. W końcu po trzecie, gdy dziecko śpi, ja odpoczywam - to dla mnie jedyny czas, w którym mogę zrobić coś dla siebie. Dlatego zależy mi, aby spało, najlepiej jak najdłużej. Ciekawe, że taki zarzut stawiają osoby, które same mają dzieci, tyle że starsze. Widać, pamięć ludzka bywa ulotna. I znów na marginesie: nie mam problemu z tym, żeby zostawić dziecko, jeśli chcę coś załatwić, nawet jechać do supermarketu (jak już pisałam, moim zdaniem nie jest to dobre miejsce dla dzieci, zwłaszcza naprawdę małych). |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Militaria
Moje blogi
Podróże
Tagi
|